Wyjazd do CERN-u

Dodano

Spośród najbardziej niedostępnych wariantów wycieczek szkolnych przebić CERN mogłaby chyba tylko herbatka u brytyjskiej królowej. Dlatego bardzo wielu uczniów naszej szkoły chciało się wybrać do słynnego i szeroko znanego ośrodka badań jądrowych. Szczęśliwi ci, którzy zmieścili się na wyjątkowo krótkiej liście 20 osób. I choć przeżyliśmy rekordowe 50 godzin podróży w czasie pięciodniowego wyjazdu, zdecydowanie było warto.

Genewa to piękne miasto, a już sam CERN to miejsce wyjątkowe pod każdym względem. Są tam setki naukowców z całego świata. I tak w ciągu zaledwie trzech dni zdążyliśmy przyzwyczaić się do mieszanki kulturowo-językowej towarzyszącej nam nieodłącznie w każdym miejscu. Kto wie ilu przyszłych noblistów minęliśmy wtedy na krętych korytarzach? Niezatrzymywani przez nikogo mogliśmy poruszać się prawie po całym terenie – właśnie ta wolność dawała takie specyficzne poczucie bycia częścią jakiejś ogromnej machiny. Głównym celem CERN-u jest właśnie edukacja. Uświadomienie nam, że my jako ten jeden mały trybik możemy wprawiać w ruch wielkie rzeczy.

Jeśli chodzi o same wykłady to z mojej strony mogę powiedzieć, że dowiedziałam się bardzo wiele. Nie sposób dokładnie opowiedzieć, czego dotyczyły nasze zajęcia – dowiadywaliśmy się, jak działają poszczególne eksperymenty, co, jak i dlaczego się tutaj bada. Nie brakło fascynujących opowieści o kwarkach, antymaterii czy początkach wszechświata. Tutaj każde pytanie – nawet zadane przez tych najbardziej dociekliwych – doczekało się odpowiedzi.

CERN to nie tylko LHC (czyli Wielki Zderzacz Hadronów). CERN to inny świat, który wbrew pozorom nie jest zamknięty dla nikogo. Po tylko trzech dniach pozostał nam głównie niedosyt i pragnienie dowiedzenia się lepiej i dokładniej. Zresztą kto wie, być może kiedyś wrócimy po więcej…

A zainteresowanych dokładniejszymi wiadomościami z CERN-u odsyłam do majowego numeru Polilicealnika.

Karolina Ciarkowska, IIA PLO PŁ

 
DMS